środa, 17 września 2014

135 momentów, które złapaliśmy na gorącym uczynku.



Z sentencją "lepiej późno niż wcale" powracam na stronę, by pokazać Wam kilka zdjęć z mojej najlepszej, najcudowniejszej i najciekawszej, miesięcznej wyprawy po krajach Półwyspu Bałkańskiego.

Tak w skrócie i w dużym uproszczeniu wygląda trasa, jaką przebyliśmy przemieszczając się pieszo, autostopem i awaryjnie - autobusami.





Bezsprzecznie więc towarzyszył nam przez całą drogę duch naszego (świętej pamięci) przyjaciela Pikusia, dla niewtajemniczonych - polecam poszukać wpisu o wycieczce na Ukrainę.





Czasami było ciężko. Czasami twardo. Spaliśmy na korzeniach i kamieniach, ale też na mięciutkiej trawie, na plaży, a nawet w wypasionym hotelu ( i to zupełnie za darmo!).
Czasami jedliśmy przez tydzień ryż z kiełbasą, a czasami chodziliśmy z księdzem na bułgarską biesiadę.
Piliśmy wodę ze strumieni, coca colę, herbatkę a także świeżo zrobioną górską maślankę w prawdziwej pasterskiej chacie na odludziu w górach Fagaraskich!
Czasami jednym rzutem na taśmę pokonywaliśmy 250 kilometrów, a czasami w morderczym upale maszerowaliśmy pod górę jakieś 15.
Dowiedzieliśmy się, że Rumunia nie jest wcale taka biedna, za jaką się ją uważa, że nie wszyscy Serbowie nienawidzą Albańczyków, że w Kosowie jest bezpiecznie i nikt nie czatuje za rogiem żeby powybijać każdego napotkanego turystę, że banica i ajran to najcudowniejszy zestaw śniadaniowy na świecie, a także że Bu uwielbia podróżować z Maciekiem, a Macieki uwielbiają podróżować z Bu i będą ze sobą podróżować już zawsze.

                   
O przekraczaniu granic, funduszach, spakowaniu się na miesiąc, sprzętu z jakiego korzystaliśmy, zabytkach po drodze i innych praktycznych aspektach naszej podróży chętnie opowiem w prywatnych wiadomościach.


Tymczasem najwyższy czas na 135 momentów, o których mowa w tytule wpisu!






1. Zachód słońca przed wjazdem na autostradę na Słowacji.


2. Maciek i jego niezwykła cierpliwość w czekaniu na kierowcę!




3. Poczucie humoru na trasie oraz niezwykłość faktu, że mój partner uwielbia gry i zabawy słowne, w wymyślaniu których już dawno zajmuję miejsce na podium. 




4. Drewniane chaty na blokach na Słowacji. 




5. Arbuzowy lunch.


6. Nocleg w Tokaju, cudownym winnym miasteczku na północnym wschodzie Węgier!



7. Spacerowanie po miasteczku, kąpiele, wspólne gotowanie i picie wina.




8. Wskakiwanie do wody na bombę.



9. Mycie zębów z widokiem na rzekę, 


10. Przyrządzanie owsianki.



11. Wędrowanie po miastach w celu odnalezienia dobrej drogi.



12. Spotkanie Włocha, który opłaca nam taksówkę do miejsca, w które chcieliśmy jechać ( jakieś 60km!) a także zabiera nas na kawę, bo przecież POLONIA I ITALIANA to friendsy. 



12. Zwiedzanie wesołego cmentarza w Sapancie.

13. Złapanie przemiłego kierowcy, który opowiedział nam o tym, jak żyje się w Rumunii, co robią politycy, a raczej czego nie robią.

Pokazał nam także przedziwną dzielnicę, gdzie bogaci biznesmeni budują tak ogromne domy, że aż niewygodnie jest im w nich mieszkać, dlatego żyją w małych domkach za "pierwszym" domem. Ten "pierwszy" dom funkcjonuje więc tylko jako obiekt do przechwalania się przed sąsiadami. Zdjęcie dobrze oddaje tę sytuację. Ogromna rezydencja, a tuż obok stara, podziurawiona droga. Dobro wspólne się nie liczy. Jedyne co się liczy to ilość pustych pokoi. Chore.





14. Wizyta w Salinie Turdzie, która wcale nie jest bardziej słona od Wieliczki, ale na pewno piękniej oświetlona.




15. Pływanie łódeczką w słonym jeziorku na głębokości 120m!



16. Wizyta w podziemnym parku rozrywki.



17. Łapanie stopa z największą "tabliczką" w moim życiu.



18. Odpoczywanie w sympatycznym, choć bardzo małym autku Kory i Michaiła.



19. Kawa w samym centrum Sighisoary z nowymi znajomymi.




20. Zwiedzanie tego przeuroczego, średniowiecznego miasteczka.




21. Poszukiwanie Draculi i kebabów.




22. Łapanie stopa i suszenie prania w jednym czasie.




23. Radość z poruszania się do przodu.



24. Wydarzenia kulturalne w Braszowie, w samym centrum Transylwanii.




25. Spacery po murach miasta, które tak bardzo przypomina nam miniaturę Krakowa ( w którym zamieszkamy od października!).



26. Smażenie frytek na oliwie.



27. Poznawanie miasta, spanie przy pensjonacie SPA i korzystanie z ich basenu.




28. Wycieczka w poszukiwaniu Draculi do Rasnova i Branu.




 29. Wspólne zdjęcie przy wielkiej rumuńskiej fladze!



30. Spacerowanie po zamku chłopskim w Rasnovie.



31. Wdrapanie się na szczyt wzgórza Tampa, by zobaczyć panoramę Braszowa.





32.Odpoczynek po wysiłku.



33. Sytuacja sprzed wkroczenia w góry.

Siedzieliśmy sobie i łapaliśmy stopa na słynną szosę transfogaraską, gdy nagle pojawił się gość i powiedział, że on nam pomoże i wszystko zorganizuje, po czym zadzwonił do jakiegoś kumpla, żeby przyjechał. Podziękowaliśmy mu więc ładnie i odłożyliśmy tabliczkę, gdyż dalsze łapanie byłoby niegrzeczne. Po jakichś 30 minutach przyjechał człowiek, my pakujemy się do auta a oni proszą nas o 30 euro. 30 EURO. 30 euro za jakieś 12 kilometrów. Po zrezygnowaniu przez nas z tej jakże fascynującej oferty zostaliśmy bardzo niemiło potraktowani i zapewnili nas, że nic się tutaj po nas nie zatrzyma, po czym dosłownie minutę później zabiera nas Crina i jej chłopak, z którymi spędzamy miło czas i robimy wiele zdjęć.





23. Jazda szosą Transfogaraską.



24. Spędzanie czasu z Criną i Filipescu.



35. Szukanie miejsca na obozowisko wśród takiej scenerii.



36. Atak owiec.



37. Nocleg w namiocie na wysokości 2034m. n. p. m




 38. Ogrzewanie się przy ciepłym posiłku.




39. I suszenie butów.




40. Chodzenie na krótkie wycieczki. ( Musieliśmy poczekać z wyruszeniem na szlak z powodu fatalnej pogody - silny wiatr, deszcz, mgła).



41. Spędzanie czasu razem, stacjonując przy schronisku Balea Lac.



42. Oddychanie czystym powietrzem.



 43. Budzenie się rano i poczucie, że pogoda ulega poprawie.



44. Zachody słońca w Karpatach.




45. Spotkanie pierwszego dnia docelowej wędrówki Prałata i wielka, wielka radość z tego spotkania.
      Jest tyle miejsc na świecie i tyle ludzi, dlaczego akurat teraz przyszło mi spotkać się z bratem mojego             kumpla?




46. Ciężka wspinaczka po wymagających górach. To już nie są polskie Bieszczady...




48. Radość z czasu, z wody, z trawy.




49. Świadomość przebywania blisko Boga.



50. Marsz po śniegu w drugiej połowie lipca.




51. Wyjście żywo ze spotkania z niedźwiedziem.



52. Dotarcie do schroniska Cabana Podragu tuż pod najwyższym szczytem Rumunii i Karpat południowych - Moldoveanu.


54. Spotkanie Osioła.



55. Spotkanie wielu, wielu Osiołów.



56. Ataki czułości ze strony tych sympatycznych zwierzaków.




57. Piękny Osioł.



58. Kolejne dni wędrówki.




59. I takie widoki.






60. Ach! Spotkanie tej cudownej kobiety.




61. Jest żoną pasterza i całe swoje życie mieszka w jednoizbowej chacie, gdzie śpią, palą w piecu, rozmawiają, żyją! Na całkowitym odludziu, gdzie nie ma nic prócz dzikich gór, strumyków. Żadnej cywilizacji.

Większość ludzi mogłaby powiedzieć, że nie ma nic. Trochę ciepłych ubrań, wiaderko, psa, worki z suszonym mięsem, tysiąc owiec. I mając tak mało, była tak niesamowicie zadowolona i gościnna. Ta osoba zostanie w mojej pamięci bardzo, bardzo długo.



62. Pozwoliła nam przymierzyć ogromne i ekstremalnie ciepłe futro z owiec.



63. A oto czym zostaliśmy ugoszczeni! Ser bryndza, mamałyga i wielki, tłusty kubek maślanki z owczego mleka. Niesamowite.


64. Kolejne Osioły na trasie. Skąd one się biorą?






65. Ujeżdżanie osioła!




66. I... ( przypatrzcie się dobrze).



67. Świnie!



68. Świnie, owce, kozy, lamy (!) i krowy. A całego dobytku pilnuje pies. Obstawiam, że to muszą być najszczęśliwsze zwierzęta na świecie. Całe życie spędzają biegając samopas po górskiej dolinie.


69. O! Są i krowy.


79. Uczestniczenie w uroczystościach ślubnych w Bukareszcie.


80. I zwiedzanie tego wcale nieuroczego miasta.


81. Ha! I po raz pierwszy nad morzem czarnym! Z naszymi nowymi autostopowymi ziomami.


82. Vama Veche. Ostatnia hippisowska plaża w Europie.



84. Specjalna wycieczka do sąsiedniego miasta po WIELKIE ZAKUPY.


85. Zdobycz.



86. Nasz dom stanął na plaży, tuż obok polskiej flagi. Gawędziliśmy więc we własnym języku z sąsiadami.



88. Spacery po okolicy.







89. ALL YOU NEED IS LOVE



90.nic-nie-robienie-plażowanie-męczące-po-dwóch-dniach-więc-spadamy.


91. Wkroczenie do Bułgarii. Wędrowanie po półwyspie Kaliakra z Lucianem i Aną.









92. Kontemplacja.



93. Poranek na dziko gdzieś na plaży w nowej części Nasebaru.Tuż obok dyskoteki.



94. Macieka dziubaniem w stopę budzi mewa! Dziękuję ci mewo za pomoc!



95. Kąpiel w morzu na dobry początek dnia i jeszcze przed ósmą wkraczamy do zabytkowej części Nasebaru.





96. To tutaj jemy najsmaczniejszą rzecz na świecie. BANICĘ. Ten bułgarski placek z serem popijany ajranem i jest to tak wspaniałe, że przez wszystkie kolejne dni w Bułgarii i nie tylko zaczynaliśmy wędrowanie od znalezienia piekarni!


97. Cieplutka, chrupiąca, cudowna!


98. Podglądanie życia przeciętnych ludzi.





99. Karmienie małego bułgarskiego kotka.






100. Kąpiel w rzece przepływającej przez Kazanłyk, serce Doliny Róż.



101. O nocleg poprosiliśmy w pobliskiej plebanii. Tutejszy ksiądz ( drugi od lewej) nie tylko pozwolił nam rozbić się przy kościele, ale zabrał nas na prawdziwą bułgarską biesiadę.

        Z tym zdjęciem łączy się jeszcze jeden wspaniały moment. Pan siedzący na prawo od Macieka napisał dla nas kartkę, którą mieliśmy pokazać Angelowi, którego spotkamy na parkingu (?) gdy będziemy w Ryli.
Co z tego wyniknie?


102. Wędrówka na Buzłudżę. Monumentalny komunistyczny budynek mający podkreślać siłę komunizmu w Bułgarii. Przed upadkiem ustroju odbył się tam tylko jeden kongres zwany buzłudżańskim.



103. Dotarcie na sam szczyt góry. Trasa była okropnie nudna i długa. Auta jeździły bardzo rzadko i nie udało nam się niczego złapać.



104. Cały obiekt jest zamknięty i nie wolno wchodzić do środka. Złamaliśmy zakaz odnajdując dziurę w murze.




105. Cały obiekt nie funkcjonuje w spisie zabytków Bułgarii. Społeczeństwo wstydzi się tego miejsca, głęboko nienawidząc terroru wprowadzonego przez Bułgarską Partię Komunistyczną.
Osobiście uważam to za niesamowicie ciekawe miejsce.




106. Znaleźliśmy windę. Nie działała.


107. Zwiedzanie Sofii. Przerwa na kawę i zapiski z podróży.



108. Naszpikowana zabytkami Sofia i wielkie tłumy szachistów zapraszających każdego chętnego do stoczenia pojedynku.


109. Wodopój miejski.



 110. Targ w Sofii.



 111. Przyjaciele.






 112. Pamiętacie biesiadę z księdzem? To właśnie TA karteluszka dla Angela. Dzięki niej dostaliśmy darmowy nocleg w hotelu!



113. Prawdziwe łóżka. Materace. Stolik. Krzesła. Niesamowitość.



114. Robiący wrażenie monastyr rylski.



115.  Z łatwością dostajemy się do Skopje, stolicy Macedonii. Jest to bezsprzecznie dziwne miejsce. Miliony wydane na wszechogarniające, monumentalne pomniki i miasto budowane w starożytnym stylu, mają sprawić, że turyści poczują "potęgę" jaką w przeszłości reprezentowała Macedonia. Prawda jest jednak taka, że jest to malutki, biedny kraj, który zamiast budować coraz to większe pomniki powinien pomyśleć o bosych dzieciach, marnych pensjach i ubóstwie swojego społeczeństwa.



116. Potęga ociera się o kicz.



117. Scena niczym z filmu "wszystkie niewidzialne dzieci", który bardzo polecam.



118. Dojeżdżamy na samo południe Macedonii i śpimy na campingu tuż przy granicy z Albanią. Zastał nas tam taki wieczór.






119. Spędzamy tam najbardziej relaksujące 4 dni spośród wszystkich spędzonych na Bałkanach. Pływamy w czystym jeziorze, gramy w scrabble, pichcimy. Nasi sąsiedzi z Belgii z trójką małych dzieci zapraszają nas do korzystania z ich sprzętu, gdy go nie używają. Przyrządzamy dla nich naleśniki.




120. Spotkanie węża w Albanii w samym centrum stolicy - Tirany.



121. Łapanie stopa z tym fajnym człowiekiem z Rumunii. On na Czarnogórę, a my na Kosowo.( W którym przecież zaraz nas pozabijają.)



122. Spanie za free na tarasie hostelu w Prizren ( bo wszystkie pokoje były zajęte) i wdrapanie się na zamek, z którego widać było całe kosowskie miasteczko. 





123. Wszystkim proszącym nas o pieniądze dzieciom rozdawaliśmy cukierki albo dawaliśmy kubek coca coli.



124. Przyszedł czas na Kosowską Mitrovicę, to miasto było głównym teatrem działań wojennych pomiędzy Albańczykami i Serbami. Do dzisiaj znajduje się tam most, który dzieli Mitrovicę na dwie części - serbską i albańską.




125. Do dzisiaj po ulicach Mitrovicy jeżdżą oddziały KFORU.



126. Dwa bialutkie, ledwo widzące kociaki porzucone w parku w Belgradzie.


127. Akcja uratuj kociaka. Spały z nami w hostelu, jeździły tramwajami, były karmione mieszanką: jajko, cukier, mleko. Następnego dnia dostarczyliśmy je do fundacji, która zajmuje się zwierzakami.




128. Do kociaków załączyłam list.
                                                    


129. Ogóras. To nasze przyszłe autko.




 130. Czując zapas funduszy w portfelu po dokładnym zwiedzeniu Belgradu z przewodnikiem ( free tours - polecam) - kolacja w serbskiej Kafanie.



131. Najbardziej "cool" kawiarnio-klub w całej Serbii!



132. Podróżowanie kadilakiem...



133. Wędrowanie po deszczowym Budapeszcie ze znalezionym, zepsutym parasolem.


134. Zabawa w sklepach z pamiątkami.



135. Budapeszt nocą. 


Wychodzi na to, że dobrnęliśmy do końca.
To co udało mi się pokazać, to tylko skrawek tego, co zobaczyliśmy, dotknęliśmy, przeżyliśmy.

Z wszystkiego, co nas spotkało, jak zwykle, najbardziej dziwią mnie ludzie - że okazują się naprawdę w porządku. Z całego miesiąca różnych dziwnych przygód, właściwie tylko dwa razy ktoś był dla nas niemiły, lub próbował nas oszukać.

Oczywiście plany na kolejne wyprawy mnożą się w nigdy niezaspokojonej głowie.
Nie zdradzę co będzie dalej ( bo skąd mogę to wiedzieć na pewno), ale zaznaczę, że nigdy jeszcze nie byłam w Azji.

niedziela, 13 lipca 2014

Niepoetycko o tym, co słychać, czego nie słychać, i co mam nadzieję usłyszeć, w przeciągu następnych miesięcy.

Byłam na Wielkim Czytaniu literatury i bardzo dobrze, bo było ekstra.
Czytanie fragmentów Ziemi Obiecanej w jakimś saloniku w Pałacu Poznańskich to zdecydowanie trafiony sposób dla Bu na spędzenie piątkowej nocy.
Jeśli chodzi o Igora Kociełkiewicza - uwielbiam sposób w jaki współgra ton jego głosu, do fragmentów swojej powieści, którą czytał w kawałkach, ale nie kupiłabym tej książki ze względu na rozwiązania. Bo jakim to jest rozwiązaniem, by po Wielkiej Ewakuacji, na świecie pozostał tylko Ten Bohater i Ta Wyjątkowo Ładna Roztrzepana Blondynka w Szpilkach. Prawda jest taka, że było już tysiące ewakuacji z Wyjątkowo Ładną Roztrzepaną Blondynką w Szpilach. Czekam na inną blondynkę.

Ciekawe było też spotkanie z Wielką Trójką.
Och weszli wielcy niczym Jezusowie. Jezus Pierwszy Syn. Jezus Drugi Ojciec. Jezus Drugi Duch.
Wychodzimy Kasiu, nie chcę takich wielkich poetów.
Wielcy poeci obecnie charakteryzują się tym, że są facetami.
Mają normalne miny.
Albo trochę jakby idiotyczne.
Ubrania mają przeciętne.
Niektórzy trochę jakby w trampkach.
Ale najważniejsze - wielcy poeci znają innych wielkich poetów i wszyscy żartują, ale nie rozumiem, o co im właściwie chodzi. Wielcy poeci wchodzą ze sobą w interakcje. Wierszami i twarzami.

No, ale dobrze że zostałam, bo prawda jest taka ( smutna) że wielcy poeci piszą wielkie wiersze.
Z Wielkiej Trójki wygrywa Jezus Drugi Ojciec czyli Piotr Grobliński. Wygrywa jak sam mówi, swoim najlepszym tekstem. Można go przeczytać tu. Bo go skopiuję. Nie pytając Piotra o zgodę.


nasze życie jest obliczone
na cztery psy

pierwszy tak się składa
zdycha gdy jesteś na wakacjach
ojciec bierze na siebie
jego śmierć

drugi umiera sam
nie masz akurat czasu
by mu pomóc płaczesz
dopiero gdy go chowasz w ziemi

trzeciego długo wozisz po
weterynarzach choć wcześniej
raczej się śmiałeś z tanich
egzaltacji

z czwartym starzejecie się razem
spacerując coraz wolniej coraz
głośniej gadając do siebie
na ulicy

nasze życie jest obliczone
na cztery psy
jest oblizane

Wiersze Marka Czuka i Przemysława Dakowicza można znaleźć w sieci albo gdzieś indziej. W każdym razie nie w empiku. Bo sprawdzałam.

Ponieważ znana jestem z zamiłowania do wszelakiej formy gier zespołowych i indywidualnych, nie bez znaczenia była więc dla mnie gra w kryminał i chociaż niczego nie wygrałam, to wymyśliłam historię Muchy, która zginęła pewnego dnia pod ciężarem kilogramowej książki kucharskiej w pewnej cukierni przy ulicy Długiej. Jak okazało się po długim i mozolnym śledztwie detektywa, po wysłuchaniu świadków ( w tym kluczowy dla sprawy okazał się Ślepy Kataryniarz, który widział całe zdarzenie) okazało się, że Mucha cierpiała na zaburzenia odżywiania, a miejsce zameldowania ( przypominam - cukiernia) nie sprzyjało poprawie jej psychicznych dyskomfortów. Historia kończy się tragicznie. Nie ma mordercy. Mucha popełniła samobójstwo. Niestety nie zdążyłyśmy wymyślić ( ja i moje dwie nowe koleżanki pani Iza i pani Ewa) w jaki sposób książka na nią spadła celowo, bo minął czas. I niczego nie wygrałyśmy. Tymczasem bawiłyśmy się świetnie, nie ma nic przyjemniejszego od wesołych historii wymyślanych z obcymi ludźmi.

No i na sam koniec zostawiam relację z odbioru kawałków granych przez zespół Agnellus, bo był świetny. Najbardziej wbił mi się w pamięć moment, gdy urocza wokalistka o spojrzeniu skrajnie obojętnym śpiewała
POGO
TO WIE
POGO TO WIE
Mój umysł robił wtedy serpentyny wobec znaczeń, jakie na siłę doszukiwałam się w tej piosence.
Ogólnie dobra robota. Bardzo w moim stylu, może kupię płytę, ale to jak wrócę. Bo teraz zbieram na ryż.

Z warsztatów literackich wyniosłam Izaaka Babela, Dylana Thomasa, Pieśni Maldorora, Francisa Ponge i innych, co żonglują w literaturze poezją i prozą. I wciąż jedną mają wyżej, a drugą niżej, ale na zmianę.
Napisałam też coś o schodzeniu, można to przeczytać post niżej. Ponieważ jednak nie ma w sobie zbyt wiele innowacyjnych rozwiązań, obiecałam sobie gorąco, szukać ich niestrudzenie w trakcie kolejnych prób.

Dostałam się na prawo na jagielonkę i ich olałam.
Jeszcze raz.
Dostałam się na prawo na jagielonkę i mam to w dupie.
( satysfakcja jest)
Więc idę ścieżynką w lewo. Nie wiem sama, jakby taka niewydeptana, ale z kwiatuszkami ( można pleść wianki). Od października będę studentką edytorstwa na wydziale polonistycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Więc zmieniam miejsce zamieszkania.

Zamieniam swój wygodny pokoik z kochanymi rzeczami, które mi przypominają o różnych ciekawych historiach i o życiu.
Wymieniam swoje łóżko.
Cichość swojego ogrodu.
Błogość swojego hamaku.
Zieloność szczypiorku co rośnie za domem.
Czarność genialnej kawy takiej zmielonej przed sekundą.
Wygodność dwóch łazienek.
I dostępu do auta.
I pełność lodówki.

Na nieznajomość i niepewność życia w Krakowie, w jakiejś studenckiej klitce z biureczkiem, łóżkiem i pierogami z biedronki.

Nie wymieniam jednak swojego chłopaka.
Tyle mojego.

A jednak wcześniej, to znaczy we wtorek ruszamy z Maciekami na południe.
Najpierw Rumunia. Mołdawia. Potem Bułgaria. Pewnie Albania.
Nie będzie mnie przez miesiąc. Może dwa.
Będziemy dużo jeździć, chodzić po górach, rozmawiać z ludźmi, jeść ryż, a przede wszystkim robić to, co wychodzi nam najlepiej, czyli umacniać naszą więź.

Ekstra plan.

Wiecie jak to jest pakować się na taki okres czasu?
Dziwnie.

Pięć majtków. Pięć skarpetków. Pięć koszulek.
Kuchenka. Namiot. Śpiwór. Gaz. Garnki.

Nóż. Mapy. Scrabble.

Jedziemy!

Najbardziej będę tęsknić za mamusią i tatusiem.
A także za Anetką i Małgosią, które są najlepsze na świecie.
Życzę Wam dużo grzybów w lasach, moje drogie.

A nam życzę kierowców miłych i uprzejmych jadących dokładnie tam, gdzie my.
Ciepłych nocy w górach.
Letnich nocy na plażach.
I żeby starczyło na jedzenie.

Do zobaczenia!






sobota, 12 lipca 2014

Rycząca panna.

Smutno. I tęskniłam.
Zeszłam niżej, ale było tak samo.
Może trochę bardziej.
W smutku i tęsknocie przeniosłam się niżej, niczego ze sobą nie zabrałam, zobaczyłam morze.
Pomyślałam o pierwotnej potrzebie pływania w morzu, której nie czułam, więc w smutku i tęsknocie zeszłam niżej, gdzie nie było już wody. Było ciemno.
Nie wiem, czy jeszcze coś było, bo nie jestem kotem.
W ciemnościach rozróżniam tylko smutek i tęsknotę.
Chciałam schodzić niżej, ale wtedy pojechałyśmy w góry.
Nie bardzo wysokie, ale było inaczej.
Byłyśmy przecież razem.
(Może nawet bardziej.)
Nie pamiętam, co było później, ale później to już chyba było dobrze. Płasko.

niedziela, 15 czerwca 2014

Urocza niedziela na pikniku.

Godzina minus jeden.

Wstajesz.
Error.
Zasypiasz.

Godzina O.
Wstajesz na serio.

Godzina 1.
Myjesz. Płuczesz. Spluwasz.
Myjesz. Obierasz. Kroisz.
Gryziesz. Łykasz. Trawisz.
Wychodzisz.

Godzina 2.
Jedziesz. Patrzysz. Mijasz.

Godzina 3.
Jedziesz. Rozmawiasz. Jedziesz.

Godzina 4.
Pracujesz.
Potrafisz zrobić rzeczy, o których ci się nie śniło.
Rozstawiasz ogromny namiot.
Nosisz ciężary, których wydawałoby się, nie udźwignie nawet Marek.
Znajdujesz zapalniczkę.
Smażysz ziemniaki na patelni metr na metr.
To znaczy PI METR KWADRAT
Dobre z boczkiem. Z cebulą.
Jezus kochasz ziemniaki.
Wlewasz tysiąc opakowań soków do większych opakowań na soki.
Pomarańczowych.
Jabłkowych.
Wody nie znajdujesz.
Znajdujesz za to CHOCHEL
Mieszasz nią żurek.

Godzina 5.
Rozpakowujesz żelki, ciastka, mambę, lizaki, jabłka i banany na wielkich półmiskach.
Podjadasz ile się da.

Godzina 6.
Ludzie jedzą.
Jedzą.
Jedzą.
Chcą jeść.
Żurek. Kiełbasę. Karczek. Przede wszystkim karczek. Szaszłyki. Ziemniaki.
Za mało. Za dużo.
Więcej. Mniej.
Drobiowe te szaszłyki?
Nie wiesz.
Tak, drobiowe.
Delikatny ten żurek? Dla dzieci?
Tak, delikatny.
Dobry żurek, ostry będzie?
Tak, pikantny.
Ten sam, a każdemu odpowiada.
Chleba.
Karkówki.
Ketchup.
Leje się ketchup.
Picie, kochanie.
Piwo. Piwko.

Godzina 7.
To samo.

Godzina 8.
Mega głodność.
Mogę iść na przerwę?
Nie teraz.
Karkówki, szaszłyki, ziemniaki. Smacznego jedźcie sobie. Na zdrowie.
Przerwa? Nie teraz.

Godzina 9.
Przerwa.
Nakładasz sobie tego żarcia tyle, że się przesypuje. I sok.
Jesz w kuchni jak imigrant. Czuję się jak imigrant.
Na deser żelka. Już się kończą.
Dzieci rzucają się na żelki, jak ich tatusiowie na moją karkówkę.
Kończy się.
Jasne, że się kończy.
Wszystko się kiedyś kończy.
Nawet
Ty.
Jabłka Ligol twarde jak życie. 

Godzina 10.
Powraca Kamila z otchłani recepcji.
Smażyć we dwie zawsze raźniej.
Ziemniaki. Karkówki. Nic nowego.
Klauny chodzą i też chcą jeść.
Napisałabym opowiadanie o głodnych klaunach, ale
akurat nakładam komuś przypieczoną kiełbaskę.
Taką akurat. Nie za dużą. Nie za małą.
To bardzo ważne, żeby dopasować kiełbaskę do osoby.
Co lubi pani robić w życiu?
Jakie ma pani cele?
Czy dba pani o linie?
Czy lubi pani komedie?
Czy denerwuje panią polityka?
Czy jest pani pesymistką czy optymistką?
Jak długo mąż panią zdradza?
Od jak dawno ze sobą nie sypiacie?
Czy jeśli mówi mu pani "nie", to czy to oznacza "tak"?
Czy jest pani zła, że jeśli pani mówi mu "nie", to on nie potrafi tego odczytać jako "tak"?
Czy jest pani zła, że jeśli pani mówi mu "nie", to on to odczytuje jako "tak"?
Czy chciałaby pani mieć dzieci?
O czym pani myśli, gdy zasypia?

Ta będzie dobra.
Średniej wielkości. Przypieczona tylko z boku. Ale cała gorąca. Popękana z kilku miejscach.
Następny.

Godzina 11.
Tak, ona też chciałaby studiować prawo. Pytam:
Dlaczego chcesz studiować prawo?
Karkówkę.
Bo interesuje mnie prokuratura.
Kiełbasę. Dwie.
Och. A historia? Lubisz historię?
Jeszcze dla dziecka.
Tak. Byle nie wos. Nienawidzę wosu.
Ziemniaków.
Nie? Nie lubisz polityki?
Bardzo lubię.
Więcej ziemniaków.
Nie lubię wosu.
Lubisz politykę, ale nie lubisz wosu?
Karkówkę.
A jak nie prawo?
Chcę być premierem.
Szaszłyk.
Premierem?
Ziemniaki.
Tak. Premierem. Nie wiem, co w tym dziwnego.
Ale dlaczego?
Ziemniaki razy dwa.
Chciałabyś coś zmienić? Coś wprowadzić?
Poproszę wypieczoną.
Nie wiem.
Tę tutaj.
Chciałabym wprowadzić komunizm.
Komunizm? ( dziwię się)
Ale taki wiesz.
Kiełbaskę.
Bez terroru.

Godzina 12.
- Jestem Bu.
- Fajne imię.
- To nie jest moje imię, to moja ksywka.
- Nie można mieć jednosylabowej ksywki.
- A ty kim jesteś?
- Paulina.
- Ach tak. Jesteś bardzo sumienna w swojej pracy.
- Tak. Jestem sumienna. W szkole jestem świetna. Mam średnią pięć zero.
- Kim chciałabyś być w przyszłości?
- Grafikiem. Ale nic o tym nie wiem. Jeszcze.

POTRZEBNA OSOBA DO CHŁODNI

- Kiełbaskę.
a) w myślach:
Nie.
Tobie nie dam kiełbaski.
Nie.
Jesteś zbyt blond.

b) smacznego

Oto twoja kiełbaska.

Godzina 13.
Sosy do wiader.
Dziesięć litrów gorącej czekolady do ścieków.
Gęsta gorąca czekolada.
Wylewanie czekolady do ścieków zmienia moje podejście do życia.
Nic nie jest takie samo.
Pakowanie.
Taśma.
Taśma.
Pudło. Ciężar. Taśma. Worek. Torebka. Skrzynia
TO NIE TUTAJ DO CHOLERY
Skrzynia. Torebka. Worek. Taśma. Ciężar. Pudło.
- A masz rodzeństwo?
- Lubię jeść.
Namioty. Kable. Wiadra. Pudła.
WIEJSKI STÓŁ

Godzina 14
Stoły.
Ławka. W dół. Noga. Zaczep. Noga.W dół. Z drugiej strony.
Stół. W dół. Noga. Zaczep. Noga w dół. Z drugiej.
Druga ławka. W dół.
Razy trzydzieści.

Godzina 15.
Popcorn.
Mada facka.
Kurki.
Ko ko ko.
Śmieci.
Śmieciowa.
ZIEMNIACZEK NA KOSTCE.
Popcorn.
Żelki?

Godzina 16.
Autokar.
Surrealistyczne sny.
Zbyt pochopnie.

Godzina 17.
Gadu gadu gadu gadu.

Godzina 18.
Nie szczekaj.

Godzina 19.
Fejsy. Sukienki. Pożyczanie. Zdjęcia oglądanie. Czytanie.

Godzina 20.
Pitu pitu na blogu.

Dobranoc.



piątek, 13 czerwca 2014

Podróżowanie. Dlaczego i po co.

           

           Pierwsza podróż jaką zapamiętałam jako podróż świadomą była kilkudniową wycieczką wzdłuż polskiego wybrzeża na rowerach razem z moją siostrą. Było to jakieś trzy lata temu, miałam szesnaście lat i nie wiedziałam, a raczej nie domyślałam się, że podróż stanie się jednym z ważniejszych części dorosłego życia Bu.
            Można by stwierdzić, że to na dłuższą metę nudne. Ile można zwiedzać starych kościołów, bawić się w przeszłość, męczyć w autach, zatłoczonych autobusach, stresować się biletami, brakiem kasy, właściwie ile można spać na ziemi, rzuć suszoną wołowinę, jeść ryż i załatwiać się gdzieś pod krzakiem.
            Zacytuję sobie teraz gościa, nazywa się David Thoreau i uważam, że jest całkiem genialny. 
I cytat i Thoreau.


„Raczej niż miłość, niż pieniądze, niż wiarę, niż sławę, niż sprawiedliwość, daj mi prawdę”.


            Gość był amerykańskim pisarzem, ale też filozofem transcedentalistą, poetą i działaczem społecznym. Można go kojarzyć jako wielkiego fana obywatelskiego nieposłuszeństwa - formy walki z władzą, zagorzałego abolicjonistę albo ekologa.
            Najbardziej jednak popularną stopą odbitą przez tego dziewiętnastowiecznego gościa na kartach historii kultury i literatury jest powieść pamiętnik Walden – Czyli Życie w Lesie.
            Thoreau wyprowadził się w 1845 roku do własnoręcznie wybudowanej chaty położonej nad jeziorem Walden i tam w całkowitej dziczy, pozostał dwa lata. To właśnie ten okres był inspiracją do napisania swojego największego dzieła i ostatecznie wpłynął na kształt głoszonej przez niego filozofii życia.

            Nie wiem, czy zgadzam się z Thoreau ze wszystkim, o czym pisał. Ma tendencje do moralizatorskich gadek i narzucania tego, co jest dobre, a co złe. Nie pozostawia odbiorcom możliwości wyboru, nie stawia znaków zapytania. A bardzo lubię, gdy nadużywają ich filozofowie.

            Tak czy inaczej Thoreau wyprowadził się w dzicz, żeby szukać prawdy ( patrz, cytat).
Och! Nie od jeden jej szukał właśnie w badylach, z dala od cywilizacji. Przypomnijmy sobie chociażby Christphera McCandlessa, który po dwóch latach wędrowania przez świat, ostatnie miesiące swojego życia spędził w głuchej Alasce. Zupełnie sam. Też szukał prawdy. Dużo osób pyta mnie „myślisz, że ją znaleźli”, „myślisz, że wiedzą, co jest prawdziwe, a co nie?”. Wydaje mi się, że nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. W ogóle nie można stwierdzić co jest prawdą, bo jest to pojęcia całkowicie abstrakcyjne. Jak Bóg. (A dodatkowo niektórzy mogą zrobić znak równości pomiędzy prawdą, a Bogiem i wtedy robi się naprawdę wesoło). Więc to „rozwiązanie zagadki” jest paradoksalnie wcale nieistotne. Istotne jest właśnie poszukiwanie odpowiedzi. Więc gdybym mogła spotkać się z McCandlessem, by zadać mu jakieś pytanie, nie pytałabym, jak to jest poznać prawdę, albo czym ona jest.  Pytałabym raczej, jak to było, gdy bawiłeś się w jej poszukiwanie.

            Cóż. Pozwolę sobie na chwilę, zapisać to równanie. ( Nie wiem, czy poprawne, kalkulator się poddaje).


                                               Prawda = Bóg



       Powiadają, że Bóg jest wszędzie. Że można go spotkać nie tylko w kościołach ( tam go czuję najmniej, może tylko gdy śpiewa chór i grają na organach), w badylach w dzikim lesie, ale także w Ikei, Macdonaldzie i przy basenie w Egipcie. Więc dlaczego ludzie poszukują prawdy ( Boga) porzucając cywilizację? Co, im więcej technologii, tym Bóg się kurczy? Czyżby plastik, beton i chemia działały na Boga jak czosnek i woda święcona na wampiry?

            Gdy siedzę w domu, otaczają mnie ściany, komputery, lodówki i przerażające sufity. I gdy otaczają mnie kilka miesięcy bez przerwy, to zaczynam wątpić, że piję sok, gdy piję sok. Że jem mięso, kiedy jem mięso. Że krzesło się buja, kiedy się bujam. Że jest jasno, kiedy świeci słońce i że jest ciemno, kiedy znajduje się po drugiej stronie półkuli. Mam wrażenie, że wszystko się dzieje, że wszystko się kręci, dokładnie tak, jak powinno się kręcić, żeby wszystko było ok., że budziki dzwonią, że światła zmieniają się z zielonych na czerwone, że pogodynki wiedzą, jaka będzie jutro pogoda, że ktoś mi naprawi telefon, bo jest na gwarancji, że wieczorem zajdzie słońce i to w dodatku na zachodzie i że pojawi się księżyc otoczony gwiazdami, lub nie, że policja będzie łapać złodziejaszków, a w parlamencie będą się kłócić o gejów, jak zawsze, że wszystko będzie tak jak zawsze. Czasami wyobrażam sobie, że wsiadam do karuzeli z napisem „ Hej Bunia, to twoja życie, zapinamy pasy”. I że się kręci. Szybko. Stale. Bez przerwy. A ja nie widzę nic, bo wszystko się zamazuje. Więc siedzę i się kręcę. Chujnia straszna.

            A tymczasem w podróżach, rzecz najistotniejsza, wychodzę ze swojej karuzeli i idę ją kręcić sama. Czasami szybko. A czasami wolno. Zazwyczaj jednak wolno, bo wtedy wszystko wyraźnie widać.
           
            I wtedy mam wrażenie, że życie smakuje naprawdę.
Że woda, którą piję, którą znalazłam, która pochodzi z bystrego strumienia i jest krystaliczna i lodowata, smakuje jak woda i że jest mokra. I że jest mokra naprawdę.
            Że ziemniaki, które się piekły w ognisku, są ziemniakami, smakują jak ziemniaki, wyglądają jak ziemniaki i są ziemniakami zupełnie na serio.
            Że koszulka, którą suszyłam przy ogniu jest spalano. Bo ogień był prawdziwy. A prawdziwy ogień spala koszulki, gdy się je suszy zbyt blisko.
            Że jest noc i że można spać. I że ten sen jest głęboki i mocny. I jest mój i na niego zasłużyłam i że go czuję, wraz z jakimś kamieniem pod plecami, którego zapomnieliśmy usunąć, gdy rozbijaliśmy namiot.
            I chociaż jest to całkiem niemiłe, gdy się człowiek obudzi w błocie, i gdy pada deszcz, i gdy ma tylko stary chleb i marmoladę, ale jest to niemiłe naprawdę. A przecież założyłam
Że prawda równa się Bóg.

            Lubię to.
            Ludzie są dobrzy i się uśmiechają. I to widać na łemkowskiej wsi, na jakimś cholernym zadupiu. Bo to tam, gdzie życie jest najprostsze i najbardziej prymitywne, łatwiej jest odnaleźć dobro. Ludzie dadzą ci aspirynę i sok malinowy, bo masz gorączkę,  a nie ma apteki. Ludzie dadzą Ci suche drewno, bo jest mokro, a ciężko ugotować obiad, na ognisku z gazety i chusteczek. Ludzie cię pozdrowią i uśmiechną się, do ciebie. Tylko dlatego, że jesteś drugim człowiekiem. Ludzie cię podwiozą i opowiedzą ci, jak im się żyje, co lubią robić, co ich denerwuje. Naprawdę. 

Ludzie głupieją w miastach. Głupieją w wielkich grupach. Baranieją. Zamykają się i widzą tylko siebie. I tylko pieniądze. I tylko dla siebie. Nie chciałabym nigdy zgłupieć w mieście.

            Chciałabym żyć przed swoją karuzelą, którą kręcę własnoręcznie i świadomie zupełnie sama. Chciałabym pić wodę i jeść ziemniaki. I rozmawiać z ludźmi. Właściwie tyle bym chciała.

           
            Oboje z Maciekiem przygotowujemy się w podróż na Bałkany ( z czego pewnie lwia część przypadnie na Europę wschodnią, w Rumunii i Mołdawii spędzimy pewnie kilka tygodni). Dorabiam sobie jako pomoc na różnych piknikach i festiwalach. Może uda mi się sprzedać swojego smartfona.
            Tymczasem pomagam mamie w ogródkach, jeżdżę z psami po lasach na rowerze, pomagam Maciekowi malować ściany w jego pokoju, jem truskawki, spotykam się z ludźmi i gotuję różne śmieszne potrawy. Pochodziłabym sobie na jakieś eventy typu parada równości czy inne śmiechowe wydarzenia. Szkoda, że czas umieszczany jest w przedziałach zamkniętych i ograniczonych. 








czwartek, 5 czerwca 2014

O to chodzi.

O przeżywanie
Poczucie tego, że istniejemy.
Nawet za cenę bólu.

Teraz wszystko jest dokładnie tak, jak powinno być.
Budzę się rano, jem pomidory i sałatę. Pielę z mamą nasze ogródki warzywne.
A później maliny.
W słuchawkach. Słucham świetnej muzyki. Która jest piękna.
Świeci słońce. Popijam sobie koktajl z truskawek. Który smakuje truskawkowo.
Maciek wysyła miłe esemesy. Które są urocze.
Moje psy tarzają się w trawie. Która jest zielona i pachnie.
Czytam książkę. Która ma żółte kartki i którą sama wybrałam.
Bujam się w hamaku. Który się buja.

Który się buja na pewno.

Moja babcia wciska do kieszeni czekoladki  i pyta jak się nie boję jeździć z kolegą w góry,
a co jeśli by mnie tam zostawił?
Argument że to ja noszę mapę jej nie przekonuje.

Lubię tak sobie siedzieć i pisać.
I myśleć. Zwłaszcza, że właśnie przyszedł miły esemes od Macieka.
Mam nadzieję, że nie znudzą mu się takie miłe esemesy.
Maciek ma narysowane włosy.
I wielkie pudełko klocków lego, które będziemy układać.
Maciek ogólnie ma wiele ciekawych rzeczy.
I ma często rację.
Na przykład jak się coś mówi, albo gdzie trzeba iść, żeby było dobrze.

To nie jest miłe, tak ciągle nie mieć racji.
Ale miłe jest, że Macieki
robią pyszne kanapki ze szczypiorkiem i solą.
Oraz że kochają zwierzęta.
I tyle chcą.
Tego samego co Bu i Marek.

Patrzyłam sobie w gwiazdki.